W pewnym miejscu i o pewnej porze, pod drzewem siedzi sobie mała dziewczynka i marzy...
sobota, 18 października 2014
Musze sie pozegnac...
To juz koniec moi kochani. Pochlonelo mnie zycie a wena uciekla porwana wiatrem... Bylo naprawde milo dla was pisac i czytac wasze komentarze. Moze kiedys znowu zaczne tworzyc... Jesli tak sie stanie to zaloze bloga pod tym samym pseudoninem. A teraz do widzenia... :-*
środa, 16 kwietnia 2014
Więzy krwi 11
Ciche pukanie do
drzwi wybudziło Aarona z odrętwiającej drzemki. Usiadł na łóżku.
-Proszę.
-schrypniętym głosem zaprosił intruza do pokoju.
Drzwi uchyliły się
lekko i wychyliła się z zza nich czarna głowa. Aaron wyprostował się myśląc, że
to Vivien. Jego ramiona trochę oklapły gdy czarne włosy okazały się niesforną
czupryną Zelina.
-Czego chcesz?
Zelin popatrzył na
niego zimno. Jego czarne tatuaże sprawiały, że wyglądał jak egzotyczne
stworzenie. Aaron nie mógł oderwać wzroku od misternych zawijasów
przypominających krzyżujące się cierniowe bluszcze okalające całe ciało Zelina.
-Koniec twojej
rehabilitacji. Czas zetknąć się z prawdziwym życiem.- Rzucił mu złożone w
kostkę ubrania.- Ubierz się, zejdź po schodach i otwórz drugie drzwi po lewej.
Zelin skierował się w
stronę drzwi, zanim wyszedł odwrócił się jeszcze raz w stronę Aarona.
-Nie radze ci
kombinować, jeden nieprawidłowy ruch i twoja siostra straci te kilka marnych
lat jakie dał jej stwórca, zrozumiano?
Aaron uśmiechnął się
do niego kwaśno. -Tak.
Gdy mężczyzna wyszedł
Aaron rzucił w drzwi butem. -Dupek.
Aarona oślepiło jasne
światło, gdy otworzył duże, przesuwne drzwi. Zmrużył oczy. Rozejrzał się po
pokoju, wypełnione było ostrym, słonecznym światłem przenikającym przez duże
okna. Nie okna-uświadomił sobie po chwili- ściany. Dwie z trzech ścian były
szklane pozwalając rozkoszować się widokiem wszechobecnego, zielonego lasu.
Niemal czuł na swoim policzku powiew wiatru targający czubkami drzew na
zewnątrz.
-Aaron, jak się
czujesz?
Twarz Viven była
szczerze zmartwiona.
-Dobrze, dziękuje.-
Usiadł na przeciwko kobiety, tyłem do szklanych ścian i oślepiających promieni
Słońca.
-Napijesz się
herbaty?
-Poproszę.- Aaron
obserwował wytatuowaną dłoń, gdy nalewała mu herbaty. Inaczej niż w przypadku
Zelina tatuaże Vivien były drobne i delikatne, przecinały skórę kobiety drobną,
kwiecistą pajęczyną. Słońce odbijało się od nich ujawniając granatową barwę.
-Bolało?
Kobieta popatrzyła na
niego zaskoczona.-Co bolało?
Wskazał palcem na jej
policzek. -Tatuaże.
-Nie.
sobota, 29 marca 2014
Więzy krwi 10
Jego wybuch spotkał się z chłodnym spokojem kobiety.
-Coś jest nie tak? Medycy źle złożyli kość?
-Wiesz dobrze o co mi chodzi, była rozerwana, a teraz... nie ma nawet szramy. To czary?
Vivien wstała. -To nie czary. To nauka.- Jej tatuaże zafalowały, gdy uśmiechnęła się do niego.
-Odpocznij, przyjdę po ciebie wieczorem.
Śledził ją wzrokiem aż do drzwi. Gdy je otworzyła mignęła mu rozwścieczona twarz siostry. Usłyszał ciche warknięcie, które równie dobrze mogło być wyjątkowo niemiłym słowem. Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.
Aaron odczekał chwilę aż kłótnia kobiet oddaliła się od drzwi. Wstał z łóżka i podbiegł do drzwi, pociągnął za klamkę. Okazały się zamknięte na klucz, zaklął siarczyście. Podszedł do jednego z okien, otworzył pociągając za jedno z dużych skrzydeł. Powitały go krzyki dużych, drapieżnych ptaków. Wszedł na szklany taras, pod jego bosymi stopami kiwały się majestatycznie czubki iglastych drzew. Rozejrzał się wokoło, próbując dowiedzieć się gdzie się znajduje, wszędzie, aż po horyzont falował zielony ocean. Jeden z czarnych ptaków unoszący się nad lasem wylądował na metalowej balustradzie. Popatrzył na niego czarnym, lśniącym okiem. Kłapnął masywnym dziobem i podskoczył lądując bliżej Aarona. Rozłożył skrzydła, by utrzymać równowagę. Nagły podmuch wiatru sprawił, że okno zamknęło się z hukiem. Ptak odleciał z gniewnym furkotem skrzydeł.
-Coś jest nie tak? Medycy źle złożyli kość?
-Wiesz dobrze o co mi chodzi, była rozerwana, a teraz... nie ma nawet szramy. To czary?
Vivien wstała. -To nie czary. To nauka.- Jej tatuaże zafalowały, gdy uśmiechnęła się do niego.
-Odpocznij, przyjdę po ciebie wieczorem.
Śledził ją wzrokiem aż do drzwi. Gdy je otworzyła mignęła mu rozwścieczona twarz siostry. Usłyszał ciche warknięcie, które równie dobrze mogło być wyjątkowo niemiłym słowem. Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.
Aaron odczekał chwilę aż kłótnia kobiet oddaliła się od drzwi. Wstał z łóżka i podbiegł do drzwi, pociągnął za klamkę. Okazały się zamknięte na klucz, zaklął siarczyście. Podszedł do jednego z okien, otworzył pociągając za jedno z dużych skrzydeł. Powitały go krzyki dużych, drapieżnych ptaków. Wszedł na szklany taras, pod jego bosymi stopami kiwały się majestatycznie czubki iglastych drzew. Rozejrzał się wokoło, próbując dowiedzieć się gdzie się znajduje, wszędzie, aż po horyzont falował zielony ocean. Jeden z czarnych ptaków unoszący się nad lasem wylądował na metalowej balustradzie. Popatrzył na niego czarnym, lśniącym okiem. Kłapnął masywnym dziobem i podskoczył lądując bliżej Aarona. Rozłożył skrzydła, by utrzymać równowagę. Nagły podmuch wiatru sprawił, że okno zamknęło się z hukiem. Ptak odleciał z gniewnym furkotem skrzydeł.
piątek, 28 lutego 2014
Więzy krwi 9
-Aaron ocknij się.
Jesteś nam potrzebny.
Delikatne szturchnięcie
w ramie sprawiło, że powieki mężczyzny zadrgały.
-Obudź się brachu,
czas wrócić do świata żywych! Już dość leżałeś.
Aaron otworzył oczy,
jasne światło oślepiło go powodując łzy. Jęknął. Usłyszał szybkie kroki, małe
dłonie otarły jego policzki.
-Jak dobrze, że się obudziłeś.- Głos Cecil był cichy i spokojny.- Musisz się o czymś dowiedzieć,
ty...
Drzwi otworzyły się z
hukiem.
-Radze ci Cecil nie
denerwować go zbytnio. Jego serce jest osłabione.
-Nie możesz go
trzymać w niewiedzy!
Vivien popatrzyła na
nią jadowitym wzrokiem.
-To ja decyduje co
mogę a co nie. A tymczasem proponuję ci wyjść. -Strzeliła palcami- Szybko.
Cecil prychnęła,
pociągnęła Jima za rękę i wyszła trzaskając drzwiami. Furia płonęła jej w
oczach.
Vivien przygładziła
swoje długie czarne włosy i podeszła do łóżka Aarona.
-Dzień dobry Aaron.
Jak się spało?- Położyła dłoń na jego ręce, przeszły go zimne wibracje.
-Dobrze, dziękuję.-
Wyrwał rękę z jej chłodnego uścisku.
Rozejrzał się po
pomieszczeniu. Światło przenikało przez duże okna sięgające podłogi, spadając
oślepiającymi plamami na kamienną posadzkę. Odgarnął brązowe kosmyki z twarzy,
kilkudniowy zarost zakuł go w dłoń.
Usiadł gwałtownie na łóżku,
czarny koc zsunął się odsłaniając nagi tors. Popatrzył z przerażeniem na Vivien.
-Co ty mi zrobiłaś?!
piątek, 7 lutego 2014
Więzy krwi 8
-Cholera
jasna Aaron! Co to było?!
Aaron,
Cecil i Jim poruszali się szybko na niewyraźnej dróżce pozostawiając za sobą z
wolna opadający kurz.
-Nie
wiem, ale do teraz boli mnie głowa. Nigdy nie czułem takiego przymusu...
Cecil
okryła się szczelniej płaszczem.- Widzieliście ich tatuaże? Nie wyglądały na
ludzkie.
Jim
popatrzył z kpiną na Cecil.- Sugerujesz, że nie są ludźmi? Takiej głupoty dawno
nie słyszałem.
-Tego nie
wiemy, może...
-Zamknij
się Aaron, wszyscy wiemy, że przyszli po ciebie! Zawsze przyciągasz kłopoty!
Aaron
zatrzymał się gwałtownie. -Słuchaj gnojku! Ratowałem twój tyłek juz kilka razy,
więc zastanów się kto tu ściąga kłopoty!
Jim
żachnął się, wycelował palec w stronę Aarona, -Słuchaj ty...
-Dość!
Nie mogę tego słuchać.- Cecil tupnęła nogą jak mała dziewczynka.- Jak dalej
będziecie się kłócić to tamci nas znajdą.
Aaron
otworzył usta ze zdziwienia i zmarszczył brwi zatroskany. Sięgnął ręką w stronę
Cecil chcąc ją uspokoić.
-Wszystko
w porządku?
Odepchnęła
jego dłoń.
-Nie.
-Jak się
złościsz jesteś jeszcze piękniejsza.
Mała
piąstka trafiła w nos Jima łamiąc go.
-Auu!-
Chwycił się za nos.- Ja tylko chciałem...
-Juz ja
wiem co chciałeś.
Aaron uśmiechając
się pod nosem pogonił do biegu Jima i Cecil.
-Niezły
cios siostrzyczko.
Puściła
do niego oko, nie zwracając uwagi ciche przekleństwa Jima. Poruszali się
szybko, zbliżając się do ciemnej strony lasu, ich chrapliwe oddechy tworzyły
białe smużki.
Ciemna,
gęsta krew kapała z nosa Jima tworząc osobliwą, krwistą ścieżkę. Aaron
zachichotał.
-Jak to
jest być Casanovą z krwawiącym nosem?
- Zamknij
się.-Jim warknął, wściekły.- Zaraz zobaczysz jak to jest mieć rozkwaszony nos!
Cecil
chwyciła brata za ramię. Aaron skrzywił się pod miażdżącym uściskiem siostry.
-O co
cho...
-Cii. Coś
słyszałam.
Do uszu wszystkich
doszło ciche, groźne warczenie. Jim jęknął
-Jeszcze
nam tu wilków brakowało!
Aaron
odbezpieczył karabin. -Zamknij się. To przez ciebie, wyczuły krew.
Zza
dwóch, dużych krzaków wyłoniła się bestia. Jej oczy płonęły wściekłością. Mimo
tego, że Księżyc świecił jasno bestia ukrywała się w cieniu warcząc na nich
głośno. Aaron wystrzelił dokładnie pomiędzy dwa żarzące się punkty. Warkot
raptownie ucichł by po chwili pojawić się z trzech różnych stron. Z cienia
wynurzyły się trzy wilki warcząc na nich i oblizując ostre kły.
-Są
wszędzie...
Jim
tupnął nogą. -Nie dam się pożreć w tym lesie, jestem za młody, żeby umierać!-
Pobiegł przed siebie.
-Nie!
Dwa duże
wilki pobiegły za Jimem.
-Cholera
jasna, Jim!
Cecil i
Aaron pobiegli w ślad za Jimem.
-Gdzie on
pobiegł?
-Nie
wiem!
Zatrzymali
się po środku niewielkiej polany, na śniegu widać było tropy leśnych zwierząt.
Cecil
dojrzała wśród cienia plamę krwi.
-Tam!
Pobiegli
w tamta stronę. Przyśpieszyli, gdy usłyszeli wysoki krzyk.
-Jim!
-Aaron,
ratuj!
Między
drzewami ujrzeli szare futro wilków, pobiegli w tamta stronę. Aaron załadował
broń. Wystrzelił. Po lesie rozszedł się głośny huk zwielokrotniony jeszcze
przez echo. Wilki przestały atakować Jima zaintrygowane hałasem.
-Aaron?
Aaron co z tobą?
Aaron
przestał dostrzegać to co się dzieje przed nim, dwa wilki zdawały się być
dużymi, szarymi plamami. Poczuł, że spada. Usłyszał krzyk Cecil- Aaron!!
Utrata
krwi była zbyt duża. Zemdlał.
niedziela, 26 stycznia 2014
Więzy krwi 7
Aaron nie
czekając aż stwory znowu zwrócą na niego uwagę przysunął się delikatnie do
leżącego nieopodal karabinu. Sprawiając jak najmniej hałasu wstał i przystawił
broń do policzka, zraniona ręka pulsowała wściekle. Nie zwracając uwagi na ból
strzelił. Nogi się pod nim ugięły i chybił.
Stwory na dźwięk wystrzału skuliły się chroniąc skrzydła przed zranieniem. Gdy następny strzał nie nadszedł wyprostowały się i zawarczały wściekle. Jeden z nich podszedł do Aarona i zamachnął się szponiastą dłonią. Nim dotknęła gardła opadła na ziemie odcięta przez ząbkowane ostrze. Trysnęła krew, Stwór ryknął ogłuszająco i skulił się z bólu. Aaron opadł na ziemie ogłuszony hałasem, z jego uszu popłynęła krew. Nim bestia zdążyła wstać trzymając krwawiący kikut jej głowa spadła na ziemie z mokrym plaśnięciem. W tym samym momencie krzyk ustał.
Aaron rozejrzał się wokoło, trwała walka, stwory walczyły z jakimiś ludźmi wyposażonymi w ząbkowane miecze. Do jego uszu doszedł krzyk Cecil, Jim, który zdążył się ocknąć w porę próbował uchronić ją przed szponami jednego ze stworów. Został posłany w powietrze jednym ciosem pięści. Cecil pobiegła w stronę brata uciekając przed skrzydlatymi potworami. Istoty skoczyły w powietrze chcąc uciec przed śmiercią, ale równie szybko zostały zaciągnięte w dół przez trzech wojowników. Ich twarze pokryte osobliwymi, skomplikowanymi tatuażami wyrażały całkowity brak emocji. Dwie kobiety i mężczyzna wyciągnęli z pochew na plecach potężne miecze. Ich ząbkowane brzegi z łatwością przecinały kość. Aaron zauważył, że miecz ciemnowłosej kobiety pokryty był krwią, szybko pokrył się jeszcze większą jej ilością. Wojownicy walcząc zręcznie nic nie robili sobie z powarkiwań i groźnych min przeciwników. Mężczyzna o szczególnie wzorzystych tatuażach atakując szybko pozbył się stwora odcinając jednym cięciem głowę i kopniakiem posyłając na ziemie. Cecil i Jim obserwując zszokowani walkę podeszli do Aarona by schronić się za nim i za jego karabinem. Ciemnowłosa przeciwnika pozbyła się szybko i sprawnie łamiąc mu kręgosłup na kolanie, do uszu wszystkich doszło głośny chrupot łamanej kości. Ostatniej wojowniczce trafił się wyjątkowo paskudny stwór, przywódca skrzydlatych. Nie dawał się zwieść nawet najbardziej zmyślnym fotelom. Jasne loki kobiety podrygiwały wysoko w rytm dzikiego tańca miecza i szponów. W końcu celny kopniak złamał stworowi nos zalewając twarz szkarłatem i utrudniając oddychanie. Wojowniczka korzystając z dekoncentracji przeciwnika wykonała półobrót by nabrać siły i rozpędu. Otrze przecięło tors bestii niemal na pół. Duże skrzydła pociągnęły górną część ciała w dół sprawiając że złożyło się niemal na pół odsłaniając wnętrzności. Ciemnowłosa podeszła do ciała i złapała jedną jego część z myślą o wrzuceniu ją do głębokiego na pół zamarzniętego bajora leżącego nieopodal, mężczyzna zrobił to samo z drugą częścią. Aaron, Cecil i Jim patrzyli na to będąc w szoku. Blondynka podeszła do nich, uśmiechając się łagodnie.
Stwory na dźwięk wystrzału skuliły się chroniąc skrzydła przed zranieniem. Gdy następny strzał nie nadszedł wyprostowały się i zawarczały wściekle. Jeden z nich podszedł do Aarona i zamachnął się szponiastą dłonią. Nim dotknęła gardła opadła na ziemie odcięta przez ząbkowane ostrze. Trysnęła krew, Stwór ryknął ogłuszająco i skulił się z bólu. Aaron opadł na ziemie ogłuszony hałasem, z jego uszu popłynęła krew. Nim bestia zdążyła wstać trzymając krwawiący kikut jej głowa spadła na ziemie z mokrym plaśnięciem. W tym samym momencie krzyk ustał.
Aaron rozejrzał się wokoło, trwała walka, stwory walczyły z jakimiś ludźmi wyposażonymi w ząbkowane miecze. Do jego uszu doszedł krzyk Cecil, Jim, który zdążył się ocknąć w porę próbował uchronić ją przed szponami jednego ze stworów. Został posłany w powietrze jednym ciosem pięści. Cecil pobiegła w stronę brata uciekając przed skrzydlatymi potworami. Istoty skoczyły w powietrze chcąc uciec przed śmiercią, ale równie szybko zostały zaciągnięte w dół przez trzech wojowników. Ich twarze pokryte osobliwymi, skomplikowanymi tatuażami wyrażały całkowity brak emocji. Dwie kobiety i mężczyzna wyciągnęli z pochew na plecach potężne miecze. Ich ząbkowane brzegi z łatwością przecinały kość. Aaron zauważył, że miecz ciemnowłosej kobiety pokryty był krwią, szybko pokrył się jeszcze większą jej ilością. Wojownicy walcząc zręcznie nic nie robili sobie z powarkiwań i groźnych min przeciwników. Mężczyzna o szczególnie wzorzystych tatuażach atakując szybko pozbył się stwora odcinając jednym cięciem głowę i kopniakiem posyłając na ziemie. Cecil i Jim obserwując zszokowani walkę podeszli do Aarona by schronić się za nim i za jego karabinem. Ciemnowłosa przeciwnika pozbyła się szybko i sprawnie łamiąc mu kręgosłup na kolanie, do uszu wszystkich doszło głośny chrupot łamanej kości. Ostatniej wojowniczce trafił się wyjątkowo paskudny stwór, przywódca skrzydlatych. Nie dawał się zwieść nawet najbardziej zmyślnym fotelom. Jasne loki kobiety podrygiwały wysoko w rytm dzikiego tańca miecza i szponów. W końcu celny kopniak złamał stworowi nos zalewając twarz szkarłatem i utrudniając oddychanie. Wojowniczka korzystając z dekoncentracji przeciwnika wykonała półobrót by nabrać siły i rozpędu. Otrze przecięło tors bestii niemal na pół. Duże skrzydła pociągnęły górną część ciała w dół sprawiając że złożyło się niemal na pół odsłaniając wnętrzności. Ciemnowłosa podeszła do ciała i złapała jedną jego część z myślą o wrzuceniu ją do głębokiego na pół zamarzniętego bajora leżącego nieopodal, mężczyzna zrobił to samo z drugą częścią. Aaron, Cecil i Jim patrzyli na to będąc w szoku. Blondynka podeszła do nich, uśmiechając się łagodnie.
-Musicie
odpocząć.
-Cco?
Jim się
ocknął.-Co to było?! Kim wy jesteście u licha?
Blondynka
popatrzyła na nich wwiercając się spojrzeniem w ich umysły. Usłyszeli w
głowach: Musicie odpocząć. Nic wam nie grozi... Spijcie spokojnie...
Ich oczy
choć niechętnie zamknęły się pod rozkazem kobiety. Zasnęli.
-Evil
choć tutaj!
Blondynka
podeszła do dwójki wojowników.
-To oni?
-Tak.
Kobieta i ten z rozwaloną ręką to rodzeństwo. Ten upierdliwy z ładną buźką nie
jest nam potrzebny, zwykły zawadiaka. Ani kropli świętej krwi.
Zelin
wtrącił się do rozmowy wycierając przy okazji ręce ubrudzone krwią stworów.
-Przeskanowałaś
ich umysł?
-Tak.
Ciemnowłosa
popatrzyła na Evil.
-Który z
nich to Wybraniec?
Blondynka
westchnęła- Nie wiem Vivien. Mają taki sam zapach, pochodzą od jednej matki.
-Ważne,
że ich mamy. Weźmy ich w jakieś bezpieczne miejsce.
Zelin
przytrzymał ramię Vivien.- Zaczekaj.
Popatrzyła
na niego pytająco.
-Co z tym
ładnym? Jest nam niepotrzebny.
-Nie
zabijemy go.
-Ale...
Vivien
krzyknęła, jej oczy zapłonęły szkarłatem.- Powiedziałam nie zabijemy go,
bierzemy ich wszystkich!
-Vivien?
-Co!
Evil się
skuliła.- Nie ma ich, oni... uciekli.
piątek, 17 stycznia 2014
Więzy krwi 6
Samolot
zaczął obracać się wokół własnej osi coraz szybciej zbliżając się do ziemi. Gdy
byli już pewni, że za chwilę umrą wokół nich pojawiły się czarne płaszcze. Ich
oczy raziły czerwonym blaskiem. Jeden uśmiechnął się do nich ukazując rząd
zaostrzonych w szpic zębów. Nie czekając aż samolot się rozbije wzięli Aarona,
Cecil i Jima pod pachy, skoczyli do góry. By nie runąć w dół rozwinęli swe wężowe
skrzydła. Cecil sapnęła przestraszona. Posłała Aaronowi przestraszone
spojrzenie, ten nie tracąc zimnej krwi próbował załadować nieodzowny karabin. Stwór
niosący Aarona zauważył jego poczynania i kopnął go szponiastą stopą
zmuszając do wypuszczenia broni. Aaron
krzyknął cicho, gdy pazurzasta kończyna rozerwała skórę i mięśnie. Między rozerwanymi
tkankami zajaśniała kość. Bestia zaśmiała się gardłowo i opadła na ziemię
zwijając skrzydła. Aaron upadł na ziemie przygniatając rozerwaną rękę, krzyknął
cicho gdy ostrza bólu rozeszły się po całym ciele. Reszta stworów wylądowała
gładko wypuszczając Cecil i nadal nieprzytomnego Jima. Gdy nogi Cecil dotknęły
ziemi podbiegła do brata. Upadła przy nim chcąc jak najszybciej obejrzeć
zranioną kończynę. Ktoś brutalnie oderwał ją od Aarona.
-Uważaj
na nich. Ludzkie pomioty są delikatne.
-Panie,
który z nich to Wybraniec?
Najwyższy
ze stworów popatrzył na nich uważnie przewiercając ich czerwonym blaskiem.
-Tego
nieprzytomnego możesz zabić. Nie ma w nim nic szczególnego.
Cecil
próbowała się wyrwać z miażdżącego uścisku.-Nie! Nie możecie!
-Uciszcie
ją, jej jazgot doprowadza mnie do szału.
Ktoś
zatkał jej usta dłonią.
-Ale
panie który jest Wybrańcem?
Stwór
otworzył paszcze, z jego gardła uleciał głośny ryk. Reszta pobratymców skuliła
się ze strachu.
-Nie
wiem! Pachną tak samo! Zabrać oba te ludzkie ścierwa ze sobą, tamtego pięknisia
zabić.
piątek, 10 stycznia 2014
Więzy krwi 5
Łup!
Mocny wstrząs wbił Cecil w fotel. Lewe skrzydło samolotu przechyliło się
niebezpiecznie.
-Co to
było do cholery?!
Aaron
zapiął pasy i przysunął się bliżej panelu sterowania.
-Nie
wiem. Coś w nas musiało uderzyć
Jim
popatrzył na niego jak na wariata.- Bez jaj, na takiej wysokości?
-Dziwisz
się? Dużo różnego szajsu lata wokół.
Samolot
zatrząsł się ponownie sprawiając, że połowę lampek ostrzegawczych włączyło się
świecąc jasno. Cecil wyjrzała przez małe okienko.
-Aaron,
tam coś lata.
Aaron
uwijał się jak w ukropie. Włączał szybko jakieś przyciski i przesuwał drążki.
Samolot wzniósł wyżej ukrywając się za chmurą.
-Możesz
mi opisać to zwierze?
-Zwierze?
Nie wydaje mi się. Pamiętasz to coś na w czasie burzy? Jest podobne.
Samolot
odwrócił się do góry nogami. Cecil krzyknęła, a Jim uderzył się mocno w tył
głowy, popłynęła krew. Nagle wszystkie szyby pękły zasypując ich kaskadą
odłamków, do wnętrza wdarło się zimne powietrze warcząc ogłuszająco. Kadłub
samolotu pękł na dwoje ukazując cztery istoty okryte czarnymi, wężowymi
płaszczami. Ich ostre szpony cięły metal jam masło. Jeden ze stworów zionął
Aaronowi w twarz. Mężczyzna zakrył twarz rękawem krzywiąc się. Stwór zaśmiał
się i puścił wystający metal, podmuch wiatru pociągnął go w górę. Reszta
zrobiła to samo pozostawiając po sobie rozpruty, spadający samolot. Aaron
przysunął się do Cecil, tuląc ją. Jim leżał gdzieś z boku nieprzytomny.
-Co to
było?!
-Nie
wiem.
Cecil
wtuliła się w kurtkę brata.
-Aaron?
-Tak
Cecil?
-Spadamy.
Ścisnął
jej dłonie.
piątek, 27 grudnia 2013
Stukostrachy. Stephen King
Na początku nie miałam czasu jej czytać bo miałam wiele innych książek, które wydawały mi się ciekawsze, potem wzięłam ją na wakacje, ale to nie była dobra decyzja, bo wiele się działo i zajmowała tylko miejsce w walizce... W końcu po dluugim czasie wzięłam się za czytanie i... książka okazała się naprawdę interesująca! Na początku średnio wciąga ale potem... nie można się oderwać, a książka jest naprawdę gruba. Miałam problemy z oderwaniem się od niej, a długie czytanie bez przerw jest naprawdę męczące.
Nigdy nie lubiłam książek, gdzie występuje dużo bohaterów człowiek się gubił... King po mistrzowsku wprowadza następne postaci, których losy gładko i naturalnie się splatają.
Zakończenie jest według mnie najlepsze, takie jak lubię. Naprawdę polecam przeczytanie tej książki, choćby ze względu na pisarza w końcu King to king.
Moja ocena: 6,5/ 10
piątek, 20 grudnia 2013
W te nadchodzące święta życzę...
To właśnie tego wieczoru,
gdy mróz lśni, jak gwiazda na dworze,
przy stołach są miejsca dla obcych,
bo nikt być samotny nie może.
To właśnie tego wieczoru,
gdy wiatr zimny śniegiem dmucha,
w serca złamane i smutne
po cichu wstępuje otucha.
To właśnie tego wieczoru
zło ze wstydu umiera,
widząc, jak silna i piękna
jest Miłość, gdy pięści rozwiera.
To właśnie tego wieczoru,
od bardzo wielu wieków,
pod dachem tkliwej kolędy
Bóg rodzi się w człowieku.
Emilia Waśniowska
Moi drodzy! Za niedługo będzie rok jak jestem w tym naszym blogowym świadku. Chciałam wam podziękować za każde przeczytane przez Was słowo, za każdy komentarz. To dzięki Wam ten blog istnieje. W te nadchodzące święta chcę Wam życzyć wszystkiego co najlepsze, spokoju ducha, wewnętrznej siły. Dystansu do siebie i do otaczającego Was świata. Mam nadzieje, że następny rok będzie równie owocny i inspirujący jak ten obecny. Wesołych Świąt Kochani!
Więzy krwi 4
-Pomóż
mi! Musimy się śpieszyć, nie chce wylądować w lokalnym więzieniu.
Aaron popatrzył z dezaprobatą na wysokiego, przystojnego mężczyznę.
-Te
romanse kiedyś cię pogrążą.
-Ale
jakie romanse. Ha! Przyjacielu, watro było.- Uśmiechnął się do Aarona i
zamaszystym ruchem zasunął suwak torby.
-Warto
czy nie warto skutek jest taki, że zbiry tatusia twojej panny szukają cię po
mieście.
Jim z
nonszalancją wygładził włosy.
-Byłem w
gorszych opałach. Gdzie twoja siostra?
-Na dole.
Jim wziął
swoją torbę, pogasił światła hotelowego pokoju i zszedł w ślad za Aaronem do
holu. Cecil na ich widok wstała z fotela i podeszła do brata. Spojrzała na
Jima.
-Och
droga Cecil. Jak zwykle coraz piękniejsza.- Ucałował ją w dłoń.
-Daruj
sobie te bajeczki.- Chłodnym tonem zbyła go, lecz Jim, koneser kobiet
uśmiechnął się zniewalająco i poprawił pasek torby. Cecil zlustrowała go
dokładnie. Gdy jej oczy zatrzymały się na torbie zapytała:
-Przed
kim tym razem?
-Przed
ludźmi konsula.
Cecil
machnęła ręką i z dezaprobatą popatrzyła na brata.
-Gdzie
teraz?
-Do
hangaru, tam czeka samolot.
Jim
wyprężył się dumnie: - To mój. Jedna wytworna dama dała mi go w prezencie.
-Nie taka
wytworna jak się z tobą przespała.
Jim syknął.-
Takie zjadliwe słowa z ust takiej słodkiej istotki nie przystoją. Tss, zostaw
swój żar na później.
-Idiota.
Ukłonił
się głęboko. -Do usług.
Aaron
popatrzył na nich niespokojnie. Jego but wystukiwał jakiś niespokojny rytm.
-Chodźmy,
nie chce tu dłużej zostać.
Szybko
wyszli na dwór. Ciepłe powietrze uderzyło ich w twarz zalewając płuca i
wyciskając pot z czoła. Nie bacząc na niedogodności skierowali się w stronę
odległych, dużych budynków stojących na krańcach miasta. Drogę wśród ciemnej
nocy oświetlały im ustawione co kilka metrów marne lampy.
sobota, 14 grudnia 2013
Więzy krwi 3
Cztery
postaci przycupnięte na skraju urwiska obserwują niewielkie miasto schronione
pod szklaną kopułą. Ich czarne, poszarpane płaszcze łomotają na wietrze, a
kaptury osłaniają twarze.
-Jest tu?
Jeden ze
stworów poruszył się niespokojnie
wdychając głęboko powietrze, jego kocie oczy przymknęły się na chwilę
kryjąc czarci blask.
-Tak.
Wyczułbym go nawet gdyby schronił się pod ziemią. Śmierdzi ludzką krwią.
-Tym
lepiej. Ludzkich łatwiej złapać.
Stwór
mruknął coś w odpowiedzi, nie przekonany. Wstał szybko depcząc i tak już ubogą roślinność.
Jeden z pobratymców kucający przy ziemi skierował swe jasno płonące oczy na
towarzysza.
-Co
teraz?
-Idziemy
po człowieka.
Najwyższy
ze stworów rozłożył swój czarny płaszcz, który okazał się dużymi, poszarpanymi
skrzydłami. Wzbił się w powietrze wywołując małe zawirowania pełne drobinek
lodu. Reszta towarzyszy poszła za jego przykładem. Grupka stworów mając
rozłożone wyglądała jak wielka, burzowa chmura. Faktura ich skórzanych skrzydeł
przypominała skórę węza mieniąc się mdłymi kolorami i lekko odbijając
księżycową poświatę. Mroczna, wężowa chmura skierowała się w stronę jasno
oświetlonego miasta.
piątek, 6 grudnia 2013
Więzy krwi 2
Chociaż
przed biurkiem stały dwa zachęcająco wyglądające fotele mężczyzna nie zaprosił
ich by usiedli. Z tępym wyrazem twarzy wklepywał coś w klawiaturę komputera.
Aaron chrząknął cicho chcąc zwrócić uwagę urzędnika. Mężczyzna popatrzył na
nich znudzonym wzrokiem.
-Nazwisko?
-Aaron i Cecil
Natel.
-Macie
oboje skończone dwadzieścia pięć lat?
-Tak.
Gdy
urzędnik skrupulatnie wpisał wszystko do komputera, wyciągnął z szuflady dwie,
zielone opaski.
-Oto
wasze przepustki. Macie pozwolenie na przebywanie w tym mieście przez trzy
tygodnie. Jeśli złamiecie obowiązujące tu prawo zostaniecie doprowadzeni przed
sąd i ukarani. Zrozumiano?
Gdy
przybysze pokiwali głowami urzędnik wręczył im opaski. Znudzonym tonem
powiedział:
-W
imieniu władz miasta Raratuk życzę państwu miłego pobytu.
Pstryknął
palcami, a zza drzwi wyszedł żołnierz by zaprowadzić ich na dwór. Bez słowa
otworzył im drzwi i wypchnął na zewnątrz. Nim Cecil zdążyła odzyskać równowagę
drzwi zamknęły się z hukiem.
-Gościnni
to oni nie są.
Aaron uśmiechnął
się w odpowiedzi. Ściągnął płaszcz, który ciążył mu przemoczony do suchej
nitki. Założył opaskę na rękę.
Szklana
kopuła wybudowana nad miastem sprawiała że mimo zimna panującego na zewnątrz
temperatura powietrza wewnątrz wynosiła dwadzieścia pięć stopni Celsjusza.
Mieszkańcy bez przeszkód mogli nosić cienkie ubrania. Jedynym minusem kopuły
było to, że powietrze musiało być wtłaczane. Ludzie oddychając musieli wciągając
w płuca suche, stojące w miejscu powietrze.
Aaron odetchnął
głęboko rozkoszując się ciepłem rozchodzącym się po całym ciele.
-Gotowa?
-Tak.
Schodząc
ze schodów wmieszali się tłum miasta.
wtorek, 26 listopada 2013
Więzy krwi
Mroźny,
mocny wiatr szarpie ubraniami dwóch wędrowców. Zimne podmuchy wdzierają się do
oczu i nosa powodując dreszcze. Przybysze czują głębokie pomrukiwania okolicy,
to miejsce ich nie chce, wysyła nieme groźby. Przyspieszają prąc przed siebie z
oślim uporem. Ubrania łomotają na wietrze co upodabnia ich do dużych,
groteskowych ptaków. Drobna kobieta przystaje, by odgarnąć mokre kosmyki z
twarzy.
-Aaron!
Mężczyzna
posłał kobiecie pytające spojrzenie.
-Popatrz.
Aaron
spojrzał we wskazanym kierunku. Zmrużył oczy, by lepiej widzieć. Daleko na horyzoncie,
wśród burzy i zawiei zobaczył postać kierującą się w ich stronę. Impulsy jakie
wysyłała sprawiały, że czuł na sobie zimne, mokre macki. Wziął kobietę pod rękę
i pociągnął za sobą zmuszając ją do biegu.
-Co to
jest?
-Nie wiem
Cecil.
Kobieta
zadrżała. Aaron wyczuwając, że to nie tylko zimno przytulił siostrę. Wyszeptał
jej w mokre włosy tylko jedno słowo:
-Biegnij!
Chwycił
ją za rękę i począł biec w stronę miasta majaczącego w oddali mamiąc obietnicą
ciepłego jedzenia i suchego pokoju. Mężczyzna kierowany impulsem, odwrócił się
za siebie. Przystanął zdziwiony gdyż po zjawie nie było śladu. Na horyzoncie
widać było tylko ciemne góry i kilka marnych, niskich drzew. Cecil krzyknęła
cicho. Zjawa pojawiła się nagle jakby wyszła z pod ziemi. Aaron zaklął
siarczyście, nie uwzględnił nierówności terenu, a tymczasem istota pokonała połowę
dystansu zbliżając się do nich niebezpiecznie szybko.
-Nie
uciekniemy jej.- W głosie Cecil słychać było grozę. Popatrzyła na brata oczami
szeroko otwartymi ze strachu. Zawierzając swój los bogom Aaron zdjął z ramienia
półautomatyczny karabin. Przystawił go do policzka by móc swobodnie mierzyć i
odblokował broń. Na szeroko rozstawionych nogach czekał aż zjawa zbliży się do
nich na odległość strzału. Po chwili zauważył, że sytuacja zaczęła się
zmieniać. Postać zamiast zbliżać się do nich w zatrważającym tempie przystanęła
jakby nasłuchując. Zaczęła biec jakby przed czymś uciekając. Do uszu podróżnych
doszedł ostry, nasycony strachem skrzek. Aaron i Cecil sapnęli ze zdziwienia,
gdy na horyzoncie pojawiła się kula błękitnego ognia kierując się śladem zjawy.
Szybko ją dogoniła i pochłonęła, wybuchając dziesięć metrów w górę. Dwie istoty
walczyły ze sobą zawzięcie powodując małe wybuchy okolicznych zasp. Gorący
pochodzący od kuli ognia wiatr uderzył Cecil zwalając ją z nóg.
-Co to
jest?!
Aaron
próbując przekrzyczeć tumult związany z walką i zawieruchą wyciągnął do niej
dłonie pomagając wstać.
-Nie
wiem!!
Cecil nie
usłyszała choć byli blisko siebie. Przytuliła się do brata szukając wsparcia i
otuchy. Stali objęci po środku zawiei, szarpani na przemian przez mroźny i
gorący wiatr. Gdy burza osiągnęła apogeum ryk wiatru był tak potężny, że Aaron
był pewny, że zaraz zginą. Przytulił się mocniej do Cecil chcąc dać jej jak
najwięcej ciepła i uchronić przed wiatrem i śniegiem wdzierającym się pod
ubranie. Naraz pośród huku usłyszeli głośny, powodujący ból głowy krzyk. Cecil
skrzywiła się i zatkała uszy dłońmi chcąc ograniczyć nieprzyjemny hałas. Skrzek
unosił się jeszcze parę sekund i zakończył jedną, drżącą nutą. W tym samym momencie
burza ucichła. Aaron zachwiał się nieprzygotowany na nagły brak bodźców
atakujących ich z każdej strony. Rozejrzał się wokoło szukając walczących
istot, jednak w momencie w którym zniknęła burza zniknęli i oni. Cecil
otrzepała ubranie i popatrzyła wyczekująco na brata. Wziął ją za dłoń i
pociągnął w stronę nadal odległych i kuszących zabudowań. Bez słowa, w
milczeniu, po kilku godzinach dotarli do głównej bramy miasta. Nim weszli
zostali zatrzymani przez dwóch strażników i doprowadzeni do budynku
mieszczącego się zaraz za bramą. Jeden z mężczyzn zapukał w grube, metalowe
drzwi i otworzył je jednym pchnięciem. Aaron i Cecil zostali zaprowadzeni do
urzędnika miasta trudniącego się spisem ludności.
Hejka!
Niedawno zaczęłam pisać opowiadanie pod tytułem Więzy krwi.
Mam nadzieje, że będzie się wam podobało. Swoje opinie piszcie w komentarzach.
:)
Mam nadzieje, że będzie się wam podobało. Swoje opinie piszcie w komentarzach.
:)
niedziela, 10 listopada 2013
Thor- Wolfgang Hohlbein
Trafiamy w sam środek burzy śnieżnej, obok nas stoi mężczyzna, który nie wie kim jest i jak się tu znalazł. Nie podejrzewa, że jest potężnym Thorem- bogiem burzy i płomieni...
Spotyka na swej drodze piękną kobietę i jej córkę, razem stawiają czoła przeciwnością losu i kłopotom. Krok w krok niby strażnik podąża za nimi wielki basior rozszarpując ich wrogów jakby były szmacianymi lalkami....
Moja ocena: 7,5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)