sobota, 18 października 2014

Musze sie pozegnac...

To juz koniec moi kochani. Pochlonelo mnie zycie a wena uciekla porwana wiatrem... Bylo naprawde milo dla was pisac i czytac wasze komentarze. Moze kiedys znowu zaczne tworzyc... Jesli tak sie stanie to zaloze bloga pod tym samym pseudoninem. A teraz do widzenia... :-*

środa, 16 kwietnia 2014

Więzy krwi 11

Ciche pukanie do drzwi wybudziło Aarona z odrętwiającej drzemki. Usiadł na łóżku.
-Proszę. -schrypniętym głosem zaprosił intruza do pokoju.
Drzwi uchyliły się lekko i wychyliła się z zza nich czarna głowa. Aaron wyprostował się myśląc, że to Vivien. Jego ramiona trochę oklapły gdy czarne włosy okazały się niesforną czupryną Zelina.
-Czego chcesz?
Zelin popatrzył na niego zimno. Jego czarne tatuaże sprawiały, że wyglądał jak egzotyczne stworzenie. Aaron nie mógł oderwać wzroku od misternych zawijasów przypominających krzyżujące się cierniowe bluszcze okalające całe ciało Zelina.
-Koniec twojej rehabilitacji. Czas zetknąć się z prawdziwym życiem.- Rzucił mu złożone w kostkę ubrania.- Ubierz się, zejdź po schodach i otwórz drugie drzwi po lewej.
Zelin skierował się w stronę drzwi, zanim wyszedł odwrócił się jeszcze raz w stronę Aarona.
-Nie radze ci kombinować, jeden nieprawidłowy ruch i twoja siostra straci te kilka marnych lat jakie dał jej stwórca, zrozumiano?
Aaron uśmiechnął się do niego kwaśno. -Tak.
Gdy mężczyzna wyszedł Aaron rzucił w drzwi butem. -Dupek.

Aarona oślepiło jasne światło, gdy otworzył duże, przesuwne drzwi. Zmrużył oczy. Rozejrzał się po pokoju, wypełnione było ostrym, słonecznym światłem przenikającym przez duże okna. Nie okna-uświadomił sobie po chwili- ściany. Dwie z trzech ścian były szklane pozwalając rozkoszować się widokiem wszechobecnego, zielonego lasu. Niemal czuł na swoim policzku powiew wiatru targający czubkami drzew na zewnątrz.
-Aaron, jak się czujesz?
Twarz Viven była szczerze zmartwiona.
-Dobrze, dziękuje.- Usiadł na przeciwko kobiety, tyłem do szklanych ścian i oślepiających promieni Słońca.
-Napijesz się herbaty?
-Poproszę.- Aaron obserwował wytatuowaną dłoń, gdy nalewała mu herbaty. Inaczej niż w przypadku Zelina tatuaże Vivien były drobne i delikatne, przecinały skórę kobiety drobną, kwiecistą pajęczyną. Słońce odbijało się od nich ujawniając granatową barwę.
-Bolało?
Kobieta popatrzyła na niego zaskoczona.-Co bolało?
Wskazał palcem na jej policzek. -Tatuaże.

-Nie.

sobota, 29 marca 2014

Więzy krwi 10

Jego wybuch spotkał się z chłodnym spokojem kobiety.
-Coś jest nie tak? Medycy źle złożyli kość?
-Wiesz dobrze o co mi chodzi, była rozerwana, a teraz... nie ma nawet szramy. To czary?
Vivien wstała. -To nie czary. To nauka.- Jej tatuaże zafalowały, gdy uśmiechnęła się do niego.
-Odpocznij, przyjdę po ciebie wieczorem.
Śledził ją wzrokiem aż do drzwi. Gdy je otworzyła mignęła mu rozwścieczona twarz siostry. Usłyszał ciche warknięcie, które równie dobrze mogło być wyjątkowo niemiłym słowem. Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.
Aaron odczekał chwilę aż kłótnia kobiet oddaliła się od drzwi. Wstał z łóżka i podbiegł do drzwi, pociągnął za klamkę. Okazały się zamknięte na klucz, zaklął siarczyście. Podszedł do jednego z okien, otworzył pociągając za jedno z dużych skrzydeł. Powitały go krzyki dużych, drapieżnych ptaków. Wszedł na szklany taras, pod jego bosymi stopami kiwały się majestatycznie czubki iglastych drzew. Rozejrzał się wokoło, próbując dowiedzieć się gdzie się znajduje, wszędzie, aż po horyzont falował zielony ocean. Jeden z czarnych ptaków unoszący się nad lasem wylądował na metalowej balustradzie. Popatrzył na niego czarnym, lśniącym okiem. Kłapnął masywnym dziobem i podskoczył lądując bliżej Aarona. Rozłożył skrzydła, by utrzymać równowagę. Nagły podmuch wiatru sprawił, że okno zamknęło się z hukiem. Ptak odleciał z gniewnym furkotem skrzydeł.

piątek, 28 lutego 2014

Więzy krwi 9

-Aaron ocknij się. Jesteś nam potrzebny.
Delikatne szturchnięcie w ramie sprawiło, że powieki mężczyzny zadrgały.
-Obudź się brachu, czas wrócić do świata żywych! Już dość leżałeś.
Aaron otworzył oczy, jasne światło oślepiło go powodując łzy. Jęknął. Usłyszał szybkie kroki, małe dłonie otarły jego policzki.
-Jak dobrze, że się obudziłeś.- Głos Cecil był cichy i spokojny.- Musisz się o czymś dowiedzieć, ty...
Drzwi otworzyły się z hukiem.
-Radze ci Cecil nie denerwować go zbytnio. Jego serce jest osłabione.
-Nie możesz go trzymać w niewiedzy!
Vivien popatrzyła na nią jadowitym wzrokiem.
-To ja decyduje co mogę a co nie. A tymczasem proponuję ci wyjść. -Strzeliła palcami- Szybko.
Cecil prychnęła, pociągnęła Jima za rękę i wyszła trzaskając drzwiami. Furia płonęła jej w oczach.
Vivien przygładziła swoje długie czarne włosy i podeszła do łóżka Aarona.
-Dzień dobry Aaron. Jak się spało?- Położyła dłoń na jego ręce, przeszły go zimne wibracje.
-Dobrze, dziękuję.- Wyrwał rękę z jej chłodnego uścisku.
Rozejrzał się po pomieszczeniu. Światło przenikało przez duże okna sięgające podłogi, spadając oślepiającymi plamami na kamienną posadzkę. Odgarnął brązowe kosmyki z twarzy, kilkudniowy zarost zakuł go w dłoń.
Usiadł gwałtownie na łóżku, czarny koc zsunął się odsłaniając nagi tors. Popatrzył z przerażeniem na Vivien.

-Co ty mi zrobiłaś?!

piątek, 7 lutego 2014

Więzy krwi 8

-Cholera jasna Aaron! Co to było?!
Aaron, Cecil i Jim poruszali się szybko na niewyraźnej dróżce pozostawiając za sobą z wolna opadający kurz.
-Nie wiem, ale do teraz boli mnie głowa. Nigdy nie czułem takiego przymusu...
Cecil okryła się szczelniej płaszczem.- Widzieliście ich tatuaże? Nie wyglądały na ludzkie.
Jim popatrzył z kpiną na Cecil.- Sugerujesz, że nie są ludźmi? Takiej głupoty dawno nie słyszałem.
-Tego nie wiemy, może...
-Zamknij się Aaron, wszyscy wiemy, że przyszli po ciebie! Zawsze przyciągasz kłopoty!
Aaron zatrzymał się gwałtownie. -Słuchaj gnojku! Ratowałem twój tyłek juz kilka razy, więc zastanów się kto tu ściąga kłopoty!
Jim żachnął się, wycelował palec w stronę Aarona, -Słuchaj ty...
-Dość! Nie mogę tego słuchać.- Cecil tupnęła nogą jak mała dziewczynka.- Jak dalej będziecie się kłócić to tamci nas znajdą.
Aaron otworzył usta ze zdziwienia i zmarszczył brwi zatroskany. Sięgnął ręką w stronę Cecil chcąc ją uspokoić.
-Wszystko w porządku?
Odepchnęła jego dłoń.
-Nie.
-Jak się złościsz jesteś jeszcze piękniejsza.
Mała piąstka trafiła w nos Jima łamiąc go.
-Auu!- Chwycił się za nos.- Ja tylko chciałem...
-Juz ja wiem co chciałeś.
Aaron uśmiechając się pod nosem pogonił do biegu Jima i Cecil.
-Niezły cios siostrzyczko.
Puściła do niego oko, nie zwracając uwagi ciche przekleństwa Jima. Poruszali się szybko, zbliżając się do ciemnej strony lasu, ich chrapliwe oddechy tworzyły białe smużki.
Ciemna, gęsta krew kapała z nosa Jima tworząc osobliwą, krwistą ścieżkę. Aaron zachichotał.
-Jak to jest być Casanovą z krwawiącym nosem?
- Zamknij się.-Jim warknął, wściekły.- Zaraz zobaczysz jak to jest mieć rozkwaszony nos!
Cecil chwyciła brata za ramię. Aaron skrzywił się pod miażdżącym uściskiem siostry.
-O co cho...
-Cii. Coś słyszałam.
Do uszu wszystkich doszło ciche, groźne warczenie. Jim jęknął
-Jeszcze nam tu wilków brakowało!
Aaron odbezpieczył karabin. -Zamknij się. To przez ciebie, wyczuły krew.
Zza dwóch, dużych krzaków wyłoniła się bestia. Jej oczy płonęły wściekłością. Mimo tego, że Księżyc świecił jasno bestia ukrywała się w cieniu warcząc na nich głośno. Aaron wystrzelił dokładnie pomiędzy dwa żarzące się punkty. Warkot raptownie ucichł by po chwili pojawić się z trzech różnych stron. Z cienia wynurzyły się trzy wilki warcząc na nich i oblizując ostre kły.
-Są wszędzie...
Jim tupnął nogą. -Nie dam się pożreć w tym lesie, jestem za młody, żeby umierać!- Pobiegł przed siebie.
-Nie!
Dwa duże wilki pobiegły za Jimem.
-Cholera jasna, Jim!
Cecil i Aaron pobiegli w ślad za Jimem.
-Gdzie on pobiegł?
-Nie wiem!
Zatrzymali się po środku niewielkiej polany, na śniegu widać było tropy leśnych zwierząt.
Cecil dojrzała wśród cienia plamę krwi.
-Tam!
Pobiegli w tamta stronę. Przyśpieszyli, gdy usłyszeli wysoki krzyk.
-Jim!
-Aaron, ratuj!
Między drzewami ujrzeli szare futro wilków, pobiegli w tamta stronę. Aaron załadował broń. Wystrzelił. Po lesie rozszedł się głośny huk zwielokrotniony jeszcze przez echo. Wilki przestały atakować Jima zaintrygowane hałasem.
-Aaron? Aaron co z tobą?
Aaron przestał dostrzegać to co się dzieje przed nim, dwa wilki zdawały się być dużymi, szarymi plamami. Poczuł, że spada. Usłyszał krzyk Cecil- Aaron!!

Utrata krwi była zbyt duża. Zemdlał.

niedziela, 26 stycznia 2014

Więzy krwi 7

Aaron nie czekając aż stwory znowu zwrócą na niego uwagę przysunął się delikatnie do leżącego nieopodal karabinu. Sprawiając jak najmniej hałasu wstał i przystawił broń do policzka, zraniona ręka pulsowała wściekle. Nie zwracając uwagi na ból strzelił. Nogi się pod nim ugięły i chybił. 
Stwory na dźwięk wystrzału skuliły się chroniąc skrzydła przed zranieniem. Gdy następny strzał nie nadszedł wyprostowały się i zawarczały wściekle. Jeden z nich podszedł do Aarona i zamachnął się szponiastą dłonią. Nim dotknęła gardła opadła na ziemie odcięta przez ząbkowane ostrze. Trysnęła krew, Stwór ryknął ogłuszająco i skulił się z bólu. Aaron opadł na ziemie ogłuszony hałasem, z jego uszu popłynęła krew. Nim bestia zdążyła wstać trzymając krwawiący kikut jej głowa spadła na ziemie z mokrym plaśnięciem. W tym samym momencie krzyk ustał. 
Aaron rozejrzał się wokoło, trwała walka, stwory walczyły z jakimiś ludźmi wyposażonymi w ząbkowane miecze. Do jego uszu doszedł krzyk Cecil, Jim, który zdążył się ocknąć w porę próbował uchronić ją przed szponami jednego ze stworów. Został posłany w powietrze jednym ciosem pięści. Cecil pobiegła w stronę brata uciekając przed skrzydlatymi potworami. Istoty skoczyły w powietrze chcąc uciec przed śmiercią, ale równie szybko zostały zaciągnięte w dół przez trzech wojowników. Ich twarze pokryte osobliwymi, skomplikowanymi tatuażami wyrażały całkowity brak emocji. Dwie kobiety i mężczyzna wyciągnęli z pochew na plecach potężne miecze. Ich ząbkowane brzegi z łatwością przecinały kość. Aaron zauważył, że miecz ciemnowłosej kobiety pokryty był krwią, szybko pokrył się jeszcze większą jej ilością. Wojownicy walcząc zręcznie nic nie robili sobie z powarkiwań i groźnych min przeciwników. Mężczyzna o szczególnie wzorzystych tatuażach atakując szybko pozbył się stwora odcinając jednym cięciem głowę i kopniakiem posyłając na ziemie. Cecil i Jim obserwując zszokowani walkę podeszli do Aarona by schronić się za nim i za jego karabinem. Ciemnowłosa przeciwnika pozbyła się szybko i sprawnie łamiąc mu kręgosłup na kolanie, do uszu wszystkich doszło głośny chrupot łamanej kości. Ostatniej wojowniczce trafił się wyjątkowo paskudny stwór, przywódca skrzydlatych. Nie dawał się zwieść  nawet najbardziej zmyślnym fotelom. Jasne loki kobiety podrygiwały wysoko w rytm dzikiego tańca miecza i szponów. W końcu celny kopniak złamał stworowi nos zalewając twarz szkarłatem i utrudniając oddychanie. Wojowniczka korzystając z dekoncentracji przeciwnika wykonała półobrót by nabrać siły i rozpędu. Otrze przecięło tors bestii niemal na pół. Duże skrzydła pociągnęły górną część ciała w dół sprawiając że złożyło się niemal na pół odsłaniając wnętrzności. Ciemnowłosa podeszła do ciała i złapała jedną jego część z myślą o wrzuceniu ją do głębokiego na pół zamarzniętego bajora leżącego nieopodal, mężczyzna zrobił to samo z drugą częścią. Aaron, Cecil i Jim patrzyli na to będąc w szoku. Blondynka podeszła do nich, uśmiechając się łagodnie.
-Musicie odpocząć. 
-Cco?
Jim się ocknął.-Co to było?! Kim wy jesteście u licha?
Blondynka popatrzyła na nich wwiercając się spojrzeniem w ich umysły. Usłyszeli w głowach: Musicie odpocząć. Nic wam nie grozi... Spijcie spokojnie...
Ich oczy choć niechętnie zamknęły się pod rozkazem kobiety. Zasnęli.
-Evil choć tutaj!
Blondynka podeszła do dwójki wojowników.
-To oni?
-Tak. Kobieta i ten z rozwaloną ręką to rodzeństwo. Ten upierdliwy z ładną buźką nie jest nam potrzebny, zwykły zawadiaka. Ani kropli świętej krwi.
Zelin wtrącił się do rozmowy wycierając przy okazji ręce ubrudzone krwią stworów.
-Przeskanowałaś ich umysł?
-Tak.
Ciemnowłosa popatrzyła na Evil.
-Który z nich to Wybraniec?
Blondynka westchnęła- Nie wiem Vivien. Mają taki sam zapach, pochodzą od jednej matki.
-Ważne, że ich mamy. Weźmy ich w jakieś bezpieczne miejsce.
Zelin przytrzymał ramię Vivien.- Zaczekaj.
Popatrzyła na niego pytająco.
-Co z tym ładnym? Jest nam niepotrzebny.
-Nie zabijemy go.
-Ale...
Vivien krzyknęła, jej oczy zapłonęły szkarłatem.- Powiedziałam nie zabijemy go, bierzemy ich wszystkich!
-Vivien?
-Co!

Evil się skuliła.- Nie ma ich, oni... uciekli.

piątek, 17 stycznia 2014

Więzy krwi 6

Samolot zaczął obracać się wokół własnej osi coraz szybciej zbliżając się do ziemi. Gdy byli już pewni, że za chwilę umrą wokół nich pojawiły się czarne płaszcze. Ich oczy raziły czerwonym blaskiem. Jeden uśmiechnął się do nich ukazując rząd zaostrzonych w szpic zębów. Nie czekając aż samolot się rozbije wzięli Aarona, Cecil i Jima pod pachy, skoczyli do góry. By nie runąć w dół rozwinęli swe wężowe skrzydła. Cecil sapnęła przestraszona. Posłała Aaronowi przestraszone spojrzenie, ten nie tracąc zimnej krwi próbował załadować nieodzowny karabin. Stwór niosący Aarona zauważył jego poczynania i kopnął go szponiastą stopą zmuszając  do wypuszczenia broni. Aaron krzyknął cicho, gdy pazurzasta kończyna rozerwała skórę i mięśnie. Między rozerwanymi tkankami zajaśniała kość. Bestia zaśmiała się gardłowo i opadła na ziemię zwijając skrzydła. Aaron upadł na ziemie przygniatając rozerwaną rękę, krzyknął cicho gdy ostrza bólu rozeszły się po całym ciele. Reszta stworów wylądowała gładko wypuszczając Cecil i nadal nieprzytomnego Jima. Gdy nogi Cecil dotknęły ziemi podbiegła do brata. Upadła przy nim chcąc jak najszybciej obejrzeć zranioną kończynę. Ktoś brutalnie oderwał ją od Aarona.
-Uważaj na nich. Ludzkie pomioty są delikatne.
-Panie, który z nich to Wybraniec?
Najwyższy ze stworów popatrzył na nich uważnie przewiercając ich czerwonym blaskiem.
-Tego nieprzytomnego możesz zabić. Nie ma w nim nic szczególnego.
Cecil próbowała się wyrwać z miażdżącego uścisku.-Nie! Nie możecie!
-Uciszcie ją, jej jazgot doprowadza mnie do szału.
Ktoś zatkał jej usta dłonią.
-Ale panie który jest Wybrańcem?
Stwór otworzył paszcze, z jego gardła uleciał głośny ryk. Reszta pobratymców skuliła się ze strachu.

-Nie wiem! Pachną tak samo! Zabrać oba te ludzkie ścierwa ze sobą, tamtego pięknisia zabić.

piątek, 10 stycznia 2014

Więzy krwi 5

Łup! Mocny wstrząs wbił Cecil w fotel. Lewe skrzydło samolotu przechyliło się niebezpiecznie.
-Co to było do cholery?!
Aaron zapiął pasy i przysunął się bliżej panelu sterowania.
-Nie wiem. Coś w nas musiało uderzyć
Jim popatrzył na niego jak na wariata.- Bez jaj, na takiej wysokości?
-Dziwisz się? Dużo różnego szajsu lata wokół.
Samolot zatrząsł się ponownie sprawiając, że połowę lampek ostrzegawczych włączyło się świecąc jasno. Cecil wyjrzała przez małe okienko.
-Aaron, tam coś lata.
Aaron uwijał się jak w ukropie. Włączał szybko jakieś przyciski i przesuwał drążki. Samolot wzniósł wyżej ukrywając się za chmurą.
-Możesz mi opisać to zwierze?
-Zwierze? Nie wydaje mi się. Pamiętasz to coś na w czasie burzy? Jest podobne.
Samolot odwrócił się do góry nogami. Cecil krzyknęła, a Jim uderzył się mocno w tył głowy, popłynęła krew. Nagle wszystkie szyby pękły zasypując ich kaskadą odłamków, do wnętrza wdarło się zimne powietrze warcząc ogłuszająco. Kadłub samolotu pękł na dwoje ukazując cztery istoty okryte czarnymi, wężowymi płaszczami. Ich ostre szpony cięły metal jam masło. Jeden ze stworów zionął Aaronowi w twarz. Mężczyzna zakrył twarz rękawem krzywiąc się. Stwór zaśmiał się i puścił wystający metal, podmuch wiatru pociągnął go w górę. Reszta zrobiła to samo pozostawiając po sobie rozpruty, spadający samolot. Aaron przysunął się do Cecil, tuląc ją. Jim leżał gdzieś z boku nieprzytomny.
-Co to było?!
-Nie wiem.
Cecil wtuliła się w kurtkę brata.
-Aaron?
-Tak Cecil?
-Spadamy.

Ścisnął jej dłonie.

piątek, 27 grudnia 2013

Stukostrachy. Stephen King


Na początku nie miałam czasu jej czytać bo miałam wiele innych książek, które wydawały mi się ciekawsze, potem wzięłam ją na wakacje, ale to nie była dobra decyzja, bo wiele się działo i zajmowała tylko miejsce w walizce... W końcu po dluugim czasie wzięłam się za czytanie i... książka okazała się naprawdę interesująca! Na początku średnio wciąga ale potem... nie można się oderwać, a książka jest naprawdę gruba. Miałam problemy z oderwaniem się od niej, a długie czytanie bez przerw jest naprawdę męczące.

Nigdy nie lubiłam książek, gdzie występuje dużo bohaterów człowiek się gubił... King po mistrzowsku wprowadza następne postaci, których losy gładko i naturalnie się splatają. 
Zakończenie jest według mnie najlepsze, takie jak lubię. Naprawdę polecam                                                 przeczytanie tej książki, choćby ze względu na pisarza w końcu King to king.
                                                                            Moja ocena: 6,5/ 10

piątek, 20 grudnia 2013

W te nadchodzące święta życzę...


To właśnie tego wieczoru, 
gdy mróz lśni, jak gwiazda na dworze, 
przy stołach są miejsca dla obcych, 
bo nikt być samotny nie może.

To właśnie tego wieczoru,
gdy wiatr zimny śniegiem dmucha,
w serca złamane i smutne
po cichu wstępuje otucha.

To właśnie tego wieczoru 
zło ze wstydu umiera, 
widząc, jak silna i piękna 
jest Miłość, gdy pięści rozwiera.

To właśnie tego wieczoru, 
od bardzo wielu wieków, 
pod dachem tkliwej kolędy 
Bóg rodzi się w człowieku.

Emilia Waśniowska

Moi drodzy! Za niedługo będzie rok jak jestem w tym naszym blogowym świadku. Chciałam wam podziękować za każde przeczytane przez Was słowo, za każdy komentarz. To dzięki Wam ten blog istnieje. W te nadchodzące święta chcę Wam życzyć wszystkiego co najlepsze, spokoju ducha, wewnętrznej siły. Dystansu do siebie i do otaczającego Was świata. Mam nadzieje, że następny rok będzie równie owocny i inspirujący jak ten obecny. Wesołych Świąt Kochani!

Więzy krwi 4

-Pomóż mi! Musimy się śpieszyć, nie chce wylądować w lokalnym więzieniu.
Aaron popatrzył z dezaprobatą na wysokiego, przystojnego mężczyznę.
-Te romanse kiedyś cię pogrążą.
-Ale jakie romanse. Ha! Przyjacielu, watro było.- Uśmiechnął się do Aarona i zamaszystym ruchem zasunął suwak torby.
-Warto czy nie warto skutek jest taki, że zbiry tatusia twojej panny szukają cię po mieście.
Jim z nonszalancją wygładził włosy.
-Byłem w gorszych opałach. Gdzie twoja siostra?
-Na dole.
Jim wziął swoją torbę, pogasił światła hotelowego pokoju i zszedł w ślad za Aaronem do holu. Cecil na ich widok wstała z fotela i podeszła do brata. Spojrzała na Jima.
-Och droga Cecil. Jak zwykle coraz piękniejsza.- Ucałował ją w dłoń.
-Daruj sobie te bajeczki.- Chłodnym tonem zbyła go, lecz Jim, koneser kobiet uśmiechnął się zniewalająco i poprawił pasek torby. Cecil zlustrowała go dokładnie. Gdy jej oczy zatrzymały się na torbie zapytała:
-Przed kim tym razem?
-Przed ludźmi konsula.
Cecil machnęła ręką i z dezaprobatą popatrzyła na brata.
-Gdzie teraz?
-Do hangaru, tam czeka samolot.
Jim wyprężył się dumnie: - To mój. Jedna wytworna dama dała mi go w prezencie.
-Nie taka wytworna jak się z tobą przespała.
Jim syknął.- Takie zjadliwe słowa z ust takiej słodkiej istotki nie przystoją. Tss, zostaw swój żar na później.
-Idiota.
Ukłonił się głęboko. -Do usług.
Aaron popatrzył na nich niespokojnie. Jego but wystukiwał jakiś niespokojny rytm.
-Chodźmy, nie chce tu dłużej zostać.

Szybko wyszli na dwór. Ciepłe powietrze uderzyło ich w twarz zalewając płuca i wyciskając pot z czoła. Nie bacząc na niedogodności skierowali się w stronę odległych, dużych budynków stojących na krańcach miasta. Drogę wśród ciemnej nocy oświetlały im ustawione co kilka metrów marne lampy.

sobota, 14 grudnia 2013

Więzy krwi 3

Cztery postaci przycupnięte na skraju urwiska obserwują niewielkie miasto schronione pod szklaną kopułą. Ich czarne, poszarpane płaszcze łomotają na wietrze, a kaptury osłaniają twarze.
-Jest tu?
Jeden ze stworów poruszył się niespokojnie  wdychając głęboko powietrze, jego kocie oczy przymknęły się na chwilę kryjąc czarci blask.
-Tak. Wyczułbym go nawet gdyby schronił się pod ziemią. Śmierdzi ludzką krwią.
-Tym lepiej. Ludzkich łatwiej złapać.
Stwór mruknął coś w odpowiedzi, nie przekonany. Wstał szybko depcząc i tak już ubogą roślinność. Jeden z pobratymców kucający przy ziemi skierował swe jasno płonące oczy na towarzysza.
-Co teraz?
-Idziemy po człowieka.

Najwyższy ze stworów rozłożył swój czarny płaszcz, który okazał się dużymi, poszarpanymi skrzydłami. Wzbił się w powietrze wywołując małe zawirowania pełne drobinek lodu. Reszta towarzyszy poszła za jego przykładem. Grupka stworów mając rozłożone wyglądała jak wielka, burzowa chmura. Faktura ich skórzanych skrzydeł przypominała skórę węza mieniąc się mdłymi kolorami i lekko odbijając księżycową poświatę. Mroczna, wężowa chmura skierowała się w stronę jasno oświetlonego miasta.

piątek, 6 grudnia 2013

Więzy krwi 2

Chociaż przed biurkiem stały dwa zachęcająco wyglądające fotele mężczyzna nie zaprosił ich by usiedli. Z tępym wyrazem twarzy wklepywał coś w klawiaturę komputera. Aaron chrząknął cicho chcąc zwrócić uwagę urzędnika. Mężczyzna popatrzył na nich znudzonym wzrokiem.
-Nazwisko?
-Aaron i Cecil Natel.
-Macie oboje skończone dwadzieścia pięć lat?
-Tak.
Gdy urzędnik skrupulatnie wpisał wszystko do komputera, wyciągnął z szuflady dwie, zielone opaski.
-Oto wasze przepustki. Macie pozwolenie na przebywanie w tym mieście przez trzy tygodnie. Jeśli złamiecie obowiązujące tu prawo zostaniecie doprowadzeni przed sąd i ukarani. Zrozumiano?
Gdy przybysze pokiwali głowami urzędnik wręczył im opaski. Znudzonym tonem powiedział:
-W imieniu władz miasta Raratuk życzę państwu miłego pobytu.
Pstryknął palcami, a zza drzwi wyszedł żołnierz by zaprowadzić ich na dwór. Bez słowa otworzył im drzwi i wypchnął na zewnątrz. Nim Cecil zdążyła odzyskać równowagę drzwi zamknęły się z hukiem.
-Gościnni to oni nie są.
Aaron uśmiechnął się w odpowiedzi. Ściągnął płaszcz, który ciążył mu przemoczony do suchej nitki. Założył opaskę na rękę.
Szklana kopuła wybudowana nad miastem sprawiała że mimo zimna panującego na zewnątrz temperatura powietrza wewnątrz wynosiła dwadzieścia pięć stopni Celsjusza. Mieszkańcy bez przeszkód mogli nosić cienkie ubrania. Jedynym minusem kopuły było to, że powietrze musiało być wtłaczane. Ludzie oddychając musieli wciągając w płuca suche, stojące w miejscu powietrze.
Aaron odetchnął głęboko rozkoszując się ciepłem rozchodzącym się po całym ciele.
-Gotowa?
-Tak.

Schodząc ze schodów wmieszali się tłum miasta.

wtorek, 26 listopada 2013

Więzy krwi

Mroźny, mocny wiatr szarpie ubraniami dwóch wędrowców. Zimne podmuchy wdzierają się do oczu i nosa powodując dreszcze. Przybysze czują głębokie pomrukiwania okolicy, to miejsce ich nie chce, wysyła nieme groźby. Przyspieszają prąc przed siebie z oślim uporem. Ubrania łomotają na wietrze co upodabnia ich do dużych, groteskowych ptaków. Drobna kobieta przystaje, by odgarnąć mokre kosmyki z twarzy.
-Aaron!
Mężczyzna posłał kobiecie pytające spojrzenie.
-Popatrz.
Aaron spojrzał we wskazanym kierunku. Zmrużył oczy, by lepiej widzieć. Daleko na horyzoncie, wśród burzy i zawiei zobaczył postać kierującą się w ich stronę. Impulsy jakie wysyłała sprawiały, że czuł na sobie zimne, mokre macki. Wziął kobietę pod rękę i pociągnął za sobą zmuszając ją do biegu.
-Co to jest?
-Nie wiem Cecil.
Kobieta zadrżała. Aaron wyczuwając, że to nie tylko zimno przytulił siostrę. Wyszeptał jej w mokre włosy tylko jedno słowo:
-Biegnij!
Chwycił ją za rękę i począł biec w stronę miasta majaczącego w oddali mamiąc obietnicą ciepłego jedzenia i suchego pokoju. Mężczyzna kierowany impulsem, odwrócił się za siebie. Przystanął zdziwiony gdyż po zjawie nie było śladu. Na horyzoncie widać było tylko ciemne góry i kilka marnych, niskich drzew. Cecil krzyknęła cicho. Zjawa pojawiła się nagle jakby wyszła z pod ziemi. Aaron zaklął siarczyście, nie uwzględnił nierówności terenu, a tymczasem istota pokonała połowę dystansu zbliżając się do nich niebezpiecznie szybko.
-Nie uciekniemy jej.- W głosie Cecil słychać było grozę. Popatrzyła na brata oczami szeroko otwartymi ze strachu. Zawierzając swój los bogom Aaron zdjął z ramienia półautomatyczny karabin. Przystawił go do policzka by móc swobodnie mierzyć i odblokował broń. Na szeroko rozstawionych nogach czekał aż zjawa zbliży się do nich na odległość strzału. Po chwili zauważył, że sytuacja zaczęła się zmieniać. Postać zamiast zbliżać się do nich w zatrważającym tempie przystanęła jakby nasłuchując. Zaczęła biec jakby przed czymś uciekając. Do uszu podróżnych doszedł ostry, nasycony strachem skrzek. Aaron i Cecil sapnęli ze zdziwienia, gdy na horyzoncie pojawiła się kula błękitnego ognia kierując się śladem zjawy. Szybko ją dogoniła i pochłonęła, wybuchając dziesięć metrów w górę. Dwie istoty walczyły ze sobą zawzięcie powodując małe wybuchy okolicznych zasp. Gorący pochodzący od kuli ognia wiatr uderzył Cecil zwalając ją z nóg.
-Co to jest?!
Aaron próbując przekrzyczeć tumult związany z walką i zawieruchą wyciągnął do niej dłonie pomagając wstać.
-Nie wiem!!

Cecil nie usłyszała choć byli blisko siebie. Przytuliła się do brata szukając wsparcia i otuchy. Stali objęci po środku zawiei, szarpani na przemian przez mroźny i gorący wiatr. Gdy burza osiągnęła apogeum ryk wiatru był tak potężny, że Aaron był pewny, że zaraz zginą. Przytulił się mocniej do Cecil chcąc dać jej jak najwięcej ciepła i uchronić przed wiatrem i śniegiem wdzierającym się pod ubranie. Naraz pośród huku usłyszeli głośny, powodujący ból głowy krzyk. Cecil skrzywiła się i zatkała uszy dłońmi chcąc ograniczyć nieprzyjemny hałas. Skrzek unosił się jeszcze parę sekund i zakończył jedną, drżącą nutą. W tym samym momencie burza ucichła. Aaron zachwiał się nieprzygotowany na nagły brak bodźców atakujących ich z każdej strony. Rozejrzał się wokoło szukając walczących istot, jednak w momencie w którym zniknęła burza zniknęli i oni. Cecil otrzepała ubranie i popatrzyła wyczekująco na brata. Wziął ją za dłoń i pociągnął w stronę nadal odległych i kuszących zabudowań. Bez słowa, w milczeniu, po kilku godzinach dotarli do głównej bramy miasta. Nim weszli zostali zatrzymani przez dwóch strażników i doprowadzeni do budynku mieszczącego się zaraz za bramą. Jeden z mężczyzn zapukał w grube, metalowe drzwi i otworzył je jednym pchnięciem. Aaron i Cecil zostali zaprowadzeni do urzędnika miasta trudniącego się spisem ludności.

Hejka!

Niedawno zaczęłam pisać opowiadanie pod tytułem Więzy krwi.
Mam nadzieje, że będzie się wam podobało. Swoje opinie piszcie w komentarzach.
:)

niedziela, 10 listopada 2013

Thor- Wolfgang Hohlbein

Zawsze lubiłam książki o bogach nordyckich, dlatego z chęcią wzięłam się za czytanie. Według mnie ta książka jest jedną z lepszych jakie czytałam. Sam początek powala, a potem jest jeszcze lepiej. Na dokładkę możemy się nią długo delektować bo ma aż 860 stron!

Trafiamy w sam środek burzy śnieżnej, obok nas stoi mężczyzna, który nie wie kim jest i jak się tu znalazł. Nie podejrzewa, że jest potężnym Thorem- bogiem burzy i płomieni...
Spotyka na swej drodze piękną kobietę i jej córkę, razem stawiają czoła przeciwnością losu i kłopotom. Krok w krok niby strażnik podąża za nimi wielki basior rozszarpując ich wrogów jakby były szmacianymi lalkami....
                                                                                                                             Moja ocena: 7,5/10